Wieczny chłopiec...

Wieczny chłopiec - współczesna postać Piotrusia Pana

 

Na imię ma Piotr. Tak zapisane jest w dokumentach. Nie lubił tej oficjalnej, poważnej, nadętej formy swojego imienia. Od dziecka wołano na niego Piotruś i tak zostało. Mimo iż dawno już świętował swoje „chrystusowe” urodziny, wszyscy wciąż wołają na niego Piotruś: mama, ojciec, przyjaciele, dziewczyny, nawet ja, choć nie raz nie mogę już znieść tego „Piotrusia”. Jedynie w pracy jest panem Piotrem.

Mama nazywa go Piotrusiem z miłości, ojciec chyba z przekory, choć tak naprawdę trudno powiedzieć, bo słabe są ich relacje, w zasadzie żadne. Ojca nigdy nie było w domu i nigdy nie miał dla syna czasu. Nie pokazał mu na czym polega świat męskich wartości. To mama go wychowała. Ona we wszystkim mu pomagała, poświęcała się dla niego, starała się, żeby mu niczego nie brakowało. Matka jest, była i będzie najważniejszą kobietą w jego życiu. P. zawsze podkreśla: „To Mamusi zawdzięczam to, kim jestem”. Mimo iż jakiś czas temu wyprowadził się w końcu z rodzinnego domu, codziennie rozmawia z „mamusią” przez telefon i spotyka się z nią tak często, jak tylko jest to możliwe. Z ojcem nadal nie ma wspólnych tematów.

Przyjaciele nazywają go Piotrusiem z pobłażaniem i z sentymentu, bo zawsze jest i był duszą towarzystwa i rozśmiesza ich do rozpuku.

Wszystkie jego dziewczyny nazywały go Piotrusiem, każda jedna. A wiele miał tych miłości. Kochliwy był jak mało kto. Bez przerwy się zakochiwał, ale jeszcze szybciej się odkochiwał. Początkowo, każda dziewczyna, jeszcze bardzo zakochana, mówiła do niego „Piotrusiu” z uczuciem i czułością, i wtedy był wniebowzięty. Wszystko zaczynało się psuć, kiedy z czasem zaczynała traktować go coraz bardziej poważnie. Mówiła wtedy „Piotrze”, żeby podkreślić swój szacunek, respekt i powagę dla związku. Naturalnie zaczynała też coraz więcej wymagać, stawiać warunki, na co P. absolutnie zgodzić się nie chciał. Odkochiwał się piorunem i uciekał. Czasem to one odchodziły pierwsze. Zawsze jednak był ten sam scenariusz. Bo żenić się nie chciał; bo swoje pasje rozwijał (kochał sporty ekstremalne ); bo tylko imprezy były mu w głowie; bo pracować się nie chciało (P. zawsze miał wymówkę - „młody przecież jestem, jeszcze się w życiu napracuję”); bo nieodpowiedzialny, leniuch, beztroski „niebieski ptak” i niepoprawny marzyciel; bo niesłowny (że obiecanki-cacanki); bo tylko o sobie myślał (skrajny egoista, to fakt); bo dorosnąć nie chciał i ciągle bujał w obłokach. Czasem problemem były też kwestie intymne. Dziewczyny, którym na nieco dłużej udało się usidlić P., zarzucały mu, że jakiś dziwny jest, bo seksu unika. Podobno nigdy specjalnie nie lubił seksu w związku. Myślę, że bał się prawdziwej bliskości. Kręcił go jedynie seks imprezowy: szybki, przygodowy, bez zobowiązań. Niektóre dorzucały jeszcze, już na odchodne, że „maminsynek”, że taki niby dorosły a maminej spódnicy się jeszcze trzyma. Każda, zawsze miała jakieś „ale” i wcale mnie to nie dziwiło. Jedynie z Anią była nieco inna historia. Z nią to nawet przez chwilę chciał się żenić. Taka była w nim zakochana...do szaleństwa,  on w niej też. Ania studiowała pedagogikę, była od niego kilka lat młodsza. Była śliczna, atrakcyjna, ciepła, miła, zawsze uśmiechnięta, uwielbiała się bawić. Uwielbiała P. i jego szalone pomysły, uwielbiała towarzyszyć mu na różnych ekstremalnych wypadach. Lubił ją bardzo, może nawet kochał na swój sposób. To ona zawsze najgłośniej śmiała się z jego żartów i mówiła mu, że jest cudowny i że jeszcze nigdy z nikim się tak nie ubawiła. Często robiła mu niespodzianki, kupowała prezenty, troszczyła się o niego. P. mówił czasem, że trochę przypominała mu „jego Mamusię”. Chodzili razem prawie dwa lata. Początkowo było bardzo fajnie i wesoło. Beztroska i szał lat studenckich. Z czasem P. zauważył, że Ania się zmieniła. Było im ze sobą dobrze, ale on czuł się w tym związku coraz mniej komfortowo. Czuł, że Ania coraz bardziej go osacza, próbuje usidlić. Coraz częściej nalegała, aby razem zamieszkali, aby znalazł nową, lepszą pracę, aby w zakończył to swoje wieczne studiowanie. Nagle zaczęły jej przeszkadzać wyjazdy, imprezowanie, nawet jego poczucie humoru. Coraz częściej zaczynała rozmowy na poważne tematy typu: rodzina, dzieci, stabilizacja, wspólna przyszłość. Przeraził się. „Dom, rodzina, stała praca, obowiązki, odpowiedzialność... nie, dziękuję, nie chcę, to nie dla mnie, może kiedyś, ale na pewno nie w tej chwili, jeszcze nie jestem gotowy”. Nie słuchał moich argumentów, nie chciał rozmawiać. Uciekł. Nie miał odwagi powiedzieć jej, dlaczego. Ania została ze złamanym  sercem i ze łzami w oczach. To była naprawdę fajna dziewczyna. Wiem, że smutno mu czasem z powodu Ani i nie raz zastanawia się, że może źle zrobił, że może trzeba było się nagiąć, spróbować, zaryzykować... Chwila refleksji, która jednak szybko się kończy. Na nic zdają się nasze godzinne rozmowy. P. zawsze zasłania się historiami swoich ustatkowanych kolegów, utwierdzając się w przekonaniu, że to był właściwy wybór. „Siedziałbym teraz do 17 w pracy, a potem leciałbym, jak na złamanie karku, do domu, a tam czekałyby na mnie zasrane pieluchy, zmęczona żona, niezrobione zakupy, niezapłacone rachunki i inne przykrości codzienności. Każdego dnia ten sam film. Nic się nie dzieje. Nuda...Sorry, to nie dla mnie. Dlatego wybrałem, jak wybrałem i dobrze mi z tym.” Wiem i widzę, że beztroska i zabawa to jego filozofia. Czasem jednak jest mu naprawdę smutno i czuje się ogromnie samotny. Nie chce się do tego przyznać, ale znam go bardzo dobrze i wiem. Mam wtedy wrażenie, jakby odzywał się w nim ten drugi, ten pan Piotr z pracy. Patrzę wtedy na niego bardziej przychylnym niż zazwyczaj okiem i przyglądam mu się z podziwem. On jest wtedy taki elegancki, dostojny, ustatkowany, wie, czego chce. Imponuje mi. Pan Piotr jest mężczyzną, a nie chłopcem.  Poważny, odpowiedzialny, zdystansowany, dojrzały, to po prostu dorosły facet. Szybko jednak plusy zamieniają się w minusy. Zaczyna się walka między Piotrusiem a Piotrem. P. waha się, mota, traci pewność siebie i już nie wie, czego tak naprawdę chce. Walka się toczy, szanse niby wyrównane, a ja i tak wiem, kto wygra. Wygrywa dzielny, niepokonany, beztroski  Piotruś! Bo w tej roli P. czuje się wyśmienicie i najchętniej pozostałby w niej na zawsze. To jest tak naprawdę jego bajka, to jest jego Nibylandia.

Pan Piotr to już inna historia, to proza życia, od której P. zawsze ucieka, której się boi, która go przerasta.

Kiedy składaliśmy sobie noworoczne życzenia P. powiedział; „...no cóż, z Anią się nie udało. Mam jednak nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś moją Wendy, która będzie się mną zachwycać, będzie mnie adorować, rozpieszczać, będzie troszczyć się o mnie. Wendy, której podobać się będą moje pomysły, która razem ze mną będzie realizować moje pasje, która będzie mi towarzyszyć w poszukiwaniu przygód i wrażeń. Która będzie opiekuńcza, miła, czuła, wyrozumiała, niewymagająca, ale też koniecznie atrakcyjna, zawsze zadowolona i zawsze chętna do zabawy. I która nie będzie chciała zaciągnąć mnie do ołtarza... tego sobie życzę”. Uśmiechnęłam się w duchu do siebie, i do P. też, bo po pierwsze taka Wendy nie istnieje, a po drugie to przecież mnie miał złożyć życzenia, a nie sobie. Od lat nic się nie zmieniło: Dyzio-marzyciel, skrajny egoista i pępek świata, ale jego poczucie humoru i beztroska pomogły mi w najtrudniejszych chwilach mojego życia. P. był i jest dla mnie ważny, bliski. Mimo, iż tak naprawdę nigdy nie mogłam go w pełni zaakceptować, zrozumieć. Często wkurzał mnie niemiłosiernie.

Dopiero teraz, po tylu latach znajomości, można by nazwać, przyjaźni, zdałam sobie sprawę z problemu P. Przypadkowo przeczytałam artykuł o wiecznych chłopcach z syndromem Piotrusia Pana. Teraz rozumiem wszystko. Fajnie jest przyjaźnić się z Piotrusiem Panem, ale zakochać się w nim to katastrofa. Ja to wiem najlepiej…

Zuz

Mister Wong
fot. arch.Cudzoziemki

W dobie powszechnego zachwiania się systemu wartości moralnych, współczesny mężczyzna nie ma jasno określonego kanonu męskich zasad, którym powinien hołdować, na bazie których wchodziłby w dorosłość, budując jednocześnie swoją dojrzałość. Archetyp tzw. cnót rycerskich – dzielności, męstwa, odwagi, zdolności do poświęceń, wierności, odpowiedzialności, samokontroli czy uczciwości - odchodzi do lamusa. W rezultacie jednym z wzorców, proponowanych przez ówczesną kulturę, jest postawa wiecznego chłopca.

Współczesna psychologia, dla określenia tej postawy, posługuje się terminem SYNDROM PIOTRUSIA PANA. Kluczem do zagadnienia jest tytułowa postać 7-letniego chłopca, bohatera książki J. M. Barrie pod tytułem „Piotruś Pan”.

Mężczyzna z syndromem Piotrusia Pana to wieczny chłopiec, niedojrzały jak na swój wiek, uciekający za wszelką cenę od dorosłości, unikający wszelkich zobowiązań i odpowiedzialności, pozostający w świecie swojej fantazji, w swojej Nibylandii. Kocha marzenia, uwielbia się bawić i buja w obłokach. Zawsze robi to, na co ma ochotę.  Lekkomyślność, ciągłe poszukiwanie przygód i nieustanną chęć zabawy tłumaczy potrzebą "odprężenia się". Wieczny chłopiec śni o lataniu - chce unosić się nad ziemią. Zdaniem psychologów latanie w tym wypadku symbolizuje niezgodę na rzeczywistość i chęć ucieczki przed trudami dorosłego życia.

Zainteresowanych tematem odsyłam do książki Dana Kiley’a pt. „Syndrom Piotrusia Pana. O nigdy niedojrzewających mężczyznach”.

 

ZuZ